Menu

Pomiędzy bitami

Techno, porno i duszno. Blog niezupełnie technologiczny.

Debian over Tor - HOWTO

rozieblox

Jakiś czas temu dowiedziałem się, że Debian oficjalnie zapewnia dostęp do wielu swoich zasobów poprzez sieć Tor, jako zasoby wewnętrzne tejże sieci. Tutaj dostępna jest lista usług Debiana dostępna poprzez Tor wraz z adresami, a poniżej przykład zastosowania, czyli zmiana konfiguracji apt tak, aby pobierał pakiety za pośrednictwem Tora.

Po pierwsze, należy zainstalować pakiet umożliwiający aptowi korzystanie z Tora:

apt-get install apt-transport-tor

Po drugie, należy usunąć istniejące wpisy dotyczące repozytoriów i zastąpić je wersją dla sieci Tor:

deb  tor+http://vwakviie2ienjx6t.onion/debian          stretch            main
deb  tor+http://vwakviie2ienjx6t.onion/debian          stretch-updates    main
deb  tor+http://sgvtcaew4bxjd7ln.onion/debian-security stretch/updates    main

Jak widać zmiana dotyczy zarówno adresu, jak i dodania przed adresem prefiksu tor+.

Nie jest to jedyny sposób, można także ustawić proxy HTTP przekierowujace ruch na Tor i zostawić wpisy bez prefiksu tor+, ale z wpisami .onion, albo przekierować cały ruch HTTP przez sieć Tor, jednak rozwiązanie z instalacją transportu jest najprostsze.

Tutoriale (patrz źródła) zalecają dodanie mirrora lub fallbacka dla repozytoriów security, ale IMO zależy do czego jest używana maszyna i jak wykonywane są update'y. Jeśli robisz je ręcznie i sprawdzasz powodzenie, można sobie odpuścić.

Pozostaje pytanie, po co komu coś takiego. Nie ukrywam, że trudno mi sobie wyobrazić wiarygodny scenariusz, kiedy takie rozwiązanie mogłoby być przydatne w naszych realiach. Być może w innych krajach wygląda to trochę inaczej i są np. obostrzenia w zakresie systemów, których wolno używać. Niemniej rozwiązanie działa i możliwość pobierania pakietów Debiana przez Tor istnieje.

Źródła:

Entropia w Linuksie - HOWTO

rozieblox

Dawno temu pojawił się mit, że w Linuksie /dev/random jest źródłem prawdziwej entropii, a /dev/urandom jest gorszy. Pokutuje on do dziś i część softu za źródło danych przyjmuje właśnie /dev/random, niezależnie od realnych potrzeb. Ilość losowych danych w systemie nie jest nieskończona i zależy od dostępnych źródeł i zdarzeń zewnętrznych. Dopóki komputery były głównie fizyczne, często obsługiwane przez ludzi, problem był nieco mniejszy. W epoce wirtualek systemy i ruch są coraz bardziej powtarzalne, więc z "prawdziwą" entropią są problemy. A entropia nadal jest w systemach aplikacjom potrzebna - słusznie lub nie, chyba nawet bardziej niż kiedyś, bo szyfrowanie wszystkiego jest coraz bardziej popularne i wykorzystywane są coraz silniejsze algorytmy.

Od pewnego czasu (okolice wersji 3.7) kernel Linuksa potrafi co prawda korzystać ze sprzętowych modułów (TPM) zapewniających źródła losowych danych, o ile takie są obecne. Nie każdy sprzęt jest jednak w to wyposażony, nie każda wirtualka posiada dostęp do danych z hypervisora i obecność modułu nie oznacza jeszcze, że dane będą dostępne dla programów, więc problem nadal pozostaje.

Sprawdzenie dostępnej entropii

Jeśli nie wiemy, czy faktycznie system ma problem z dostępną entropią, możemy to w prosty sposób sprawdzić. Aktualną ilość można odczytać przez wydanie polecenia:

cat /proc/sys/kernel/random/entropy_avail

Oczywiście jest to wartość chwilowa, zmieniająca się w czasie, żeby z całą pewnością stwierdzić, jak system stoi z entropią, trzeba by poobserwować w dłuższym czasie, a najlepiej monitorować ją, np. przy pomocy Zabbiksa. Wartość powyżej 1000 oznacza, że na pewno problemu nie ma, wartości poniżej 300 oznaczają, że prawie na pewno są niedobory, mogące wpływać na pracę usług.

rngd

Istnieją dwa rozwiązania, które pomogą zwiększyć ilość dostępnych danych losowych w systemie. Pierwsze z nich, to rngd z pakietu rng-tools. Jego zadanie jest proste - dostarczać dane do napełniania /dev/random korzystając ze wskazanego źródła.

Jeśli platforma posiada sprzętowy moduł dostarczający dane losowe, rngd warto skonfigurować, by z niego korzystał. W tym celu w pliku

/etc/default/rng-tools

należy umieścić linię

HRNGDEVICE=/dev/hwrng

Natomiast w przypadku braku takiego modułu, sugerowane jest dodanie linii

HRNGDEVICE=/dev/urandom

 

Kontrowersje korzystania z /dev/urandom

Korzystanie z /dev/urandom jako źródła danych dla /dev/random powoduje kontrowersje. Główne zarzuty to niegwarantowana losowość danych w /dev/urandom (ale patrz mit), oraz powstawanie sprzężenia zwrotnego, co łącznie może powodować okresowość, a zatem teoretyczną możliwość przewidzenia stanu generatora liczb pseudolosowych. Podkreślam, że jest to możliwość czysto teoretyczna, nie wykazana w praktyce.

Alternatywa dla rngd

Istnieje drugie popularne rozwiązanie programowe, które pozwala na zwiększenie dostępnej w systemie entropii. Jest to demon haveged z pakietu o tej samej nazwie. Korzysta on z faktu, że czas wykonania kodu przez procesor jest mało powtarzalny i zależy od wielu czynników. Jest to rozwiązanie obecne w dystrybucjach od wielu lat, proste w użyciu.

Wybór rozwiązania

Jeśli system posiada moduł sprzętowy, to bym z niego korzysał, za pośrednictwem rngd. Czy haveged jest lepszy od rngd zasilanego z /dev/urandom? Nie podejmuję się odpowiedzi na to pytanie. Oba zapewniają najważniejszą sprawę, czyli dostępność danych losowych. Oba rozwiązania spełniają proste testy badające losowość danych. Osobiście uważam, że w większości przypadków rozwiązanie korzystające z rngd jest wystarczające. Tam gdzie do losowości danych przykładana jest duża waga, nie jest nie powinno być problemu z dostępem do sprzętowych generatorów, a niedobory entropii zawsze są bardziej szkodliwe, niż jej teoretycznie niższa jakość.

Linki

Na koniec zbiór linków, zarówno źródła jak i dalsza lektura, czyli ciekawe linki (kolejność losowa):

Goodbye Yanosik!

rozieblox

Nie napisałem nic o tegorocznym urlopie. W zasadzie urlopach. W ramach nadrobienia zaległości spojrzenie na urlopy przez pryzmat appek androidowych. Zmiany są dwie: zarząłem korzystać ze Strava - ot, kolejna appka do mierzenia biegania czy pedałowania. W sumie poznałem ją, gdy oficjalna appka Kręć Kilometry przestała mi poprawnie i stabilnie działać, zwł. zapisywać trasę. Zalety: dość dokładna, fajne automagiczne porównywanie czasów na odcinkach, liczenie rekordów. Wady: dość długo "się zbiera" do wykonania operacji, czyli czasami trzeba poczekać. Ale potem działa już pewnie, więc lubię.

Zmiana druga wymaga wstępu. Na jednym z wakacyjnych wyjazdów, przed podróżą powrotną do Poznania, zaczęło się kończyć paliwo. Poszukałem stacji, zjechałem parę kilometrów w nieznany teren, zatankowałem. I wracam, wg nawigacji, tak samo zresztą jak przyjechałem. O dziwo inna trasa, niż przyjechałem, ale nie wnikam - na oko kierunek się zgadza.

Więc jadę sobie drogami między wioskami. Pasażerowie przysypiają. I nagle widzę rozjazd. Asfalt lekkim łukiem w lewo, na wprost nawierzchnia szutrowa. Nawigacja zdecydowanie pokazuje jazdę na wprost, po szutrowej. Azymut się zgadza, wiec trochę zwalniam i wjeżdżam w tę szutrową. Chwilę później ostre hamowanie, bo okrutna dziura, idealna, by urwać koło. Dobrze, że zwolniłem wjeżdżając na tę szutrową. Jadę dłuższy kawałek, dziur wcale nie ubywa. Potem było jeszcze lepiej - gruntówka w lesie, ogromne kałuże na całą szerokość. Jakoś uniknąłem zakopania czy utopienia auta i przejechałem, ale było to ładne parę kilometrów. Dodam, że w poprzednią stronę przyjechałem całą drogę zupełnie znośnym asfaltem.

Nawigacja, która mnie tak poprowadziła to oczywiście Yanosik. Stwierdziłem, że enough is enough, tym bardziej, że to nie pierwszy tego typu wyczyn, choć w tym przypadku skala porażki zadziwiła. Dodatkowo Yanosik grabił sobie u mnie już wcześniej zbieraniem dużej ilości danych ("styl jazdy") i próbą monetyzacji tej wiedzy w formie sprzedaży ubezpieczenia. Nie mam złudzeń, w tej grze kierowca traci - algorytmy i big data dają przewagę ubezpieczycielowi. O ile w przypadku cech ogólnych liczy się statystyka, to dane o stylu jazdy pozwalają na wnioskowanie poza granicą ludzkiej percepcji. Czyli software ubezpieczyciela zna lepiej zachowania kierowcy niż on sam. I jeśli stwierdzi, że jeździsz o niebezpiecznych porach, to nie tylko nie dostaniesz zniżki, ale jeszcze dopłacisz, nawet jeśli jeździsz bezpiecznie. Na dodatek nie informują, co dokładnie jest mierzone. Oczywiście nie wyraziłem zgody, ale sam fakt możliwości zbierania takich danych jest niepokojący. Pytanie o zgodę było ponawiane - liczą na to, że użytkownik się pomyli i kliknie, że się zgadza?

W każdym razie po tej akcji z nawigacją Yanosik wyleciał w trybie ekspresowym, po przejechanych z nim jakichś 20 tys. Oczywiście potrzebuję dość często nawigacji, więc użyłem tego, co miałem pod ręką - Google Maps. Korzystałem kiedyś dawno temu przez chwilę i albo nie doceniałem, albo spory postęp zrobili.

Pierwsze wrażenie: Yanosik dawał instrukcje trochę za późno czasami (do tego stopnia, że zdarzało mi się nie skręcić we właściwą ulicę), Google Maps radzi sobie o wiele lepiej, informując z sensownym wyprzedzeniem. Do tego ma przyjemny ficzer w postaci zmiany skali w zależności od aktualnej prędkości. Nie ukrywam, że przestawienie się i przyzwyczajenie do dobrego zajęło mi chwilę. Różnica jest kolosalna - Google Maps potrafi pokazywać pasy, dawać drobne wskazówki gdzie odbić, co jest bardzo przydatne na węzłach na autostradach. Za to przyznaję, że na rondach Yanosik radził sobie lepiej, choć też nie idealnie.

Brakuje oczywiście głównej funkcji Yanosika, czyli "antyradaru", nie ma całej grywalizacji i statystyk ale... w sumie w Yanosiku grywalizacja była niedorobiona, a statystyki niespecjalnie coś wnosiły. Chociaż lubię popatrzeć. Google Maps dobrze nawiguje i... tyle. W każdym jeśli chodzi o nawigację to niebo a ziemia - totalna przepaść w jakości oprogramowania.

Rozważam jeszcze wypróbowanie głównego polskiego konkurenta Yanosika, czyli Ryśka, ale boję się, że nawigacja będzie słabsza od Google Maps, a dane dot. sytuacji na drodze gorsze, niż w Yanosiku.

UPDATE: Rysiek może kiedyś będzie testowany, ale najpierw szansę dostanie Waze - wiele osób poleca i w komentarzach na blogu (nie tylko pod tym wpisem), i poza blogiem. Podobno wykupione przez Google, jest nawigacja i antyradar, może być fajne. Recenzja za jakiś czas.

Niezgoda na brak zgody

rozieblox

Ostatnio w okolicach ruchów pro- i antyszczepionkowych na Facebooku głośno o sprawie rodziców z Białogardu. Dla nieznających krótkie przypomnienie: przyjechali do szpitala rodzić; nie wyrazili zgodę na żadne czynności medyczne w tym podgrzewanie, szczepienie itp. Lekarz zareagował podaniem sprawy do sądu, który w trybie przyspieszonym, już po paru godzinach ograniczył prawa rodzicielskie w zakresie opieki zdrowotnej nad dzieckiem i lekarze mogli dokonać procedur. Rodzice zareagowali "kradzieżą" (zabraniem) dziecka ze szpitala i są poszukiwani.

Przyznaję, że kupy mi się to nie trzyma. I zupełnie nie będę tu dyskutował nt. "jak to jest w innych krajach" ani "czy szczepić". Sensu nie trzyma mi się to z innego powodu: jeśli się o coś kogoś pyta lub pozwala mu się nie wyrazić na coś zgody, to należy tę decyzję uszanować. Reakcja rodziców nie dziwi mnie w żaden sposób. I w sumie nie bardzo widzę podstawy do poszukiwania, nawet przy ograniczonym prawie do opieki zdrowotnej (co też uważam za bzdurę). Dziecko jest zdrowe, więc opieki medycznej nie wymaga.

Absurdalna jest też sytuacja, że czekano parę godzin na wyrok sądu, zapewne naruszając przy okazji prawo do obrony (sorry, ale nie widzę jakoś matki parę godzin po porodzie na sali). Ogrzewać dziecko można na kilka sposobów, skoro wytrzymało kilka godzin, to nie było bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia. A rodzice będą się opiekowali dzieckiem przez resztę życia. I nie przypuszczam, by chcieli dla dziecka źle.

Z pewnością utracono możliwość jakiejkolwiek kontroli zdrowia dziecka w szpitalu, niepotrzebnie stresowano rodziców i naraża się dziecko w tej chwili (skoro się ukrywają, to zapewne się przemieszczają, a to korzystne dla tak małego dziecka nie jest), a postawa siły gwarantuje, że druga strona pozostanie trwale nieprzekonana.

Zastanawiam się, gdzie rodzice zdecydują się rodzić kolejne dzieci. Przypuszczam, że nie w szpitalu, który, nawiasem, zdaniem niektórych jest średnio przyjazny w standardowych okolicznościach - to jednak obce środowisko. Chociaż oczywiście posiada odpowiednie wyposażenie na okoliczność komplikacji.

W każdym razie prezentowane podejście, zamiast łagodnego przekonywania i dialogu powoduje IMO tylko pogłębienie niechęci do służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości i szczepień.

UPDATE: Po namyśle doszły dwie sprawy:
Jakie są konsekwencje dla matek palących czy pijących w ciąży i co jest bardziej szkodliwe dla dziecka, picie i palenie, czy brak zabiegów higienicznych? O niezdrowym odżywianiu nie wspominam.
Jak można mówić o prawie kobiet do przerywania ciąży, skoro zabrania im się decydowania nawet o sposobie opieki nad dzieckiem?

ENEA i papierowe druki przelewu

rozieblox

Mój dostawca energii, ENEA, przysyła mi co pewien czas pocztą rachunek. Składa się on z trzech kartek A4. Na pierwszej jest zestawienie zużycia energii, na drugiej faktura, na trzeciej druk przelewu, taki do opłacenia na poczcie. Dotychczas nie zwracałem na to specjalnej uwagi, ale ostatnio się zastanowiłem, że dla tej ostatniej kartki mam jedno zastosowanie: niezadrukowana połowa (A5) służy mi do szybkich podręcznych notatek, a drugą część wyrzucam, bo przelewu za prąd inaczej niż elektronicznie nie zdarzyło mi się płacić.

Ponieważ i tak mam notesy, stwierdziłem, że zapytam się czy i jak można zrezygnować ze zbędnego mi druku przelewu, czyli bezsensownego generowania śmieci. Napisałem maila i szybko dostałem odpowiedź: nie da się, przynajmniej nie w tej formie, w której chcę. Można albo przejść na faktury elektroniczne, albo dostawać komplet.

Trochę dziwi mnie brak parcia na faktury elektroniczne. Wydaje mi się, że nie było na ten temat nawet żadnej informacji w przesyłanych materiałach, o zachęcie finansowej nie wspomnę. Za to wymagane jest założenie konta w eBOK (w siedmiu prostych krokach) i złożenie wniosku o fakturę elektroniczną (w czterech prostych krokach). W zamian stracę możliwość opłacania faktur i kontrolowania rachunków przez dowolną osobę z gospodarstwa domowego, bo zapewne adres mailowy do wysyłki faktury można podać tylko jeden...

Nazwa.pl kupiła webhostingtalk.pl i zmienia swoją ocenę

rozieblox

Serwis webhostingtalk.pl traktujący o polskim hostingu został kupiony przez Nazwa.pl. Więcej można przeczytać na Wykopie i na samym forum. Nie pisałbym o tym, ale mam przeczucie, że na skutek intensywnego zamiatania pod dywan różnymi sposobami link może zniknąć, więc w ramach mirrora będzie wpis.

Forum było jakie było, ranking też. Wiadomo, że przy swobodnej wypowiedzi ludzie zamieszczają różne opinie i że są to tylko opinie pojedynczych osób. Do których jak najbardziej mają prawo. Wiadomo też, że człowiek, żeby coś zrobić, potrzebuje bodźca. Niemniej, część firm posiadała wysokie oceny, a samo forum było neutralne i funkcjonujące na przejrzystych zasadach.

Tymczasem po kupnie, oceny Nazwa.pl zostały zmodyfikowane. Oczywiście na korzyść firmy. Z 49 opinii o Nazwa.pl istniejących we wrześniu 2016 zostało 31. Średnia ocena zmieniła się z 2,27 na 4,07. Co ciekawe, było 18 osób poleca i  31 nie poleca. Teraz jest 26 poleca, 5 nie poleca. Oczywiście nie sposób wykluczyć, że naturalnie pojawiło się w tym czasie 8 pozytywnych opinii, ale biorąc pod uwagę dotychczasowe ilości, jest to bardzo mało prawdopodobne. Bardzo prawdopodobna jest za to manipulacja, mająca na celu wybielenie Nazwa.pl.

Pojawił się też wątek wzrostu liczby domen, który powoduje, że Nazwa.pl wskoczyła na pierwsze miejsce w rankingu, ale to trochę bardziej skomplikowane, więc z braku czasu pomijam.

Linki, screeny, źródła:
Web Archive opinie o firmie Nazwa.pl wrzesień 2016


Opinie o Nazwa.pl wrzesień 2016

Powyżej screenshot z WebArchive

 

 

Opinie o Nazwa.pl 06.09.2017

Powyżej screenshot wykonany dziś, podczas pisania wpisu

Całkowite zaćmienie Słońca

rozieblox

Dzisiaj będzie rzadka okazja na obejrzenie pełnego zaćmienia Słońca. Co prawda niestety nie w Polsce, bo widoczne będzie ono w USA, ale dzięki odrobinie techniki możemy obejrzeć to zjawisko astronomiczne za pośrednictwem transmisji online. Czyli na żywo, ale zdalnie.

Tu strona NASA poświęcona zaćmieniu wraz z licznikiem czasu pozostałego do zaćmienia, a samą transmisję z pełnego zaćmienia Słońca będzie można zobaczyć na tej stronie. Gdyby ktoś miał ochotę obejrzeć, to powinien zarezerwować sobie trochę czasu około godziny 18:00.

Debian skończył 24 lata; reproducible builds częścią polityki Debiana

rozieblox

Urodziny były parę dni temu. Rocznica jak rocznica i nie odnotowywałbym, ale szykuje się ważna zmiana w Debian Policy - pakiety powinny być budowane w sposób powtarzalny. Pisałem o tym 2,5 roku temu i bardzo mnie cieszy, że jest to oficjalna wytyczna.

Przy okazji - problem został dostrzeżony szerzej w świecie otwartego oprogramowania. O powtarzalnym budowaniu więcej można przeczytać na stronie reproducible-builds.org.

Termometr na USB

rozieblox

Dawno temu byłem zafascynowany prostym układem DS18S20, który działa za pośrednictwem 1-wire i umożliwia dokładny odczyt temperatury przez komputer. Schematów podłączenia przez RS-232 była masa, koszt układu niewielki. Jedyne co powstrzymywało mnie wtedy przed uruchomieniem to... brak realnej potrzeby.

Potem sytuacja się zmieniła - port szeregowy zaczął w komputerach zanikać, a mnie coraz bardziej interesowała
temperatura z wbudowanych czujników (płyta główna, dyski), a nie temperatura otoczenia. Były co prawda schematy jak to podłączyć przez USB, ale w stosunku do pierwowzoru rósł i poziom skomplikowania, i koszt.

Niedawno pojawiła się potrzeba (no dobra, powiedzmy, że potrzeba, bardziej pretekst), więc odświeżyłem temat.
Okazało się, że istnieją tanie moduły PL2303HX USB UART, a także nieco nowsza wersja cyfrowych termometrów, oznaczona symbolem DS18B20. Różnica między wersjami w sumie pomijalna, z perspektywy tego wpisu. Każda z tych rzeczy to ok. 6 zł z dostawą (Allegro), a podłączenie jest jeszcze prostsze i nie
wymaga żadnych dodatkowych elementów, jak widać na schemacie.

Do odczytu temperatury służy digitemp. Opis użycia (zaczerpnięty stąd).

Instalacja pakietu:

apt-get install digitemp

Skanowanie układów:

digitemp_DS9097 -i -s /dev/ttyUSB0

Odczyt wartości:

digitemp_DS9097 -a

Bardziej zależało mi na sprawdzeniu, czy taka prosta wersja faktycznie będzie działać - w wielu miejscach podawane są bardziej skomplikowane schematy. Faktycznie, działa. Rozwiązanie zlutowane na krótko, bez żadnego przewodu ma jednak tę wadę, że moduł PL2303HX grzeje się na tyle, że wpływa na odczyt temperatury. Myślę, że ok. 10 cm kabla załatwi temat, ale gdyby ktoś był zainteresowany to można pomyśleć od razu o kupnie nieznacznie droższej wersji wodoodpornej, z przewodem. Mi akurat zależało żeby kabel się nie pałętał, ale wersję z kablem można zawsze skrócić...

Oczywiście gdyby ktoś chciał całkiem nowocześnie, to teraz czujniki temperatury montuje się do ESP8266 i odczytuje po WiFi. Tyle, że w moim wypadku to niewygodne - problem z zasilaniem, a dane i tak mają trafić do pełnoprawnego komputera, ew. do SoC z Linuksem.

Gdyby ktoś bał się, że blog skręca całkiem w tematy elektroniczne - bez obaw, będzie najwyżej parę wpisów i raczej w ramach wspomnienia o czymś, niż jako podstawowa tematyka.

Bez reklam na przeglądarkach mobilnych (Chrome, Focus)

rozieblox

Wygląda, że szykuje się lekka rewolucja w mobilnej części internetu. Wersja testowa (canary) Chrome w wersji mobilnej wyposażona jest przez producenta w blokowanie inwazyjnych reklam. Zobaczymy jak to w praktyce wyjdzie, ale wygląda, że szykuje się zmiana zasad gry - de facto oznacza to kontrolowanie rynku reklam przez dostawcę przeglądarki, będącego przy okazji jednym z większych (o ile nie największym) graczy na rynku reklamy w sieci. Podobna zmiana jest zapowiedziana dla wersji desktopowej na początek roku.

Firefox Focus już w tej chwili ma podobne rozwiązanie - wbudowana blokada reklam i ochrona prywatności. Przy okazji, przetestowałem Focusa i wygląda on bardzo zachęcająco. W przeciwieństwie do Firefoksa jest lekki (~2 MB do pobrania) i działa żwawo. Czego o Firefoksie (no dobrze, rok temu, nie wiem jak teraz) powiedzieć się nie dało, więc na smartfonie korzystałem z Chrome. W każdym razie Focus domyślnie blokuje reklamy, nie ładuje zbędnych części strony i czyści historię, co czyni tradycyjne ad-trackery bezużytecznymi. Chwilę poklikałem - jest szybko, jest wygodnie, strony wyświetlały się OK. Polecam, jeśli ktoś nie potrzebuje na smartfonie tabów w przeglądarce. Niestety nie widzę wersji dla desktopa ani kodu źródłowego.

Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o korzyści dla użytkowników. Z jednej strony strony mają być szansę lżejsze, nie zamulać urządzeń zbędnymi javascriptami czy animacjami i ładować się szybciej, zużywając mniej transferu. Z drugiej strony, szczególnie w przypadku Google, nie mam złudzeń. Natura nie znosi próżni, więc reklamy nadal będą. Ale od Google (lub za ich zgodą). A Google i tak ma śmieci w reklamach AdSense. Podobnie ze śledzeniem - może strony nie będą w stanie tego robić, ale przeglądarka jak najbardziej... No i może historia zatoczy koło - albo płatna przeglądarka, albo wyświetlanie reklam? To już oczywiście było, w czasach płatnej wersji Opery.

W każdym razie właściciele stron stracą (znowu) trochę wolności.

Zasilaczowe perypetie cz. 1 - zasilacz do laptopa Dell

rozieblox

Na urlopie któregoś wieczora włączyłem laptopa (Dell Vostro 1440), a ten powitał mnie przy starcie komunikatem, że nie rozpoznał zasilacza. Dałem kontynuuj i myślałem, że na tym się skończy, ale szybko stwierdziłem, że to za mało. Laptop działał, ale bateria się nie ładowała. Dodatkowo, procesor działał z najniższym możliwym taktowaniem, czyli odpowiednik trybu powersave. Niezbyt komfortowe, delikatnie mówiąc. Sprzęt ma swoje lata (dokładnie pięć) i choć nie był zbyt intensywnie używany, to na urlopie po prostu wrzucałem zasilacz do plecaka, więc stwierdziłem, że może gdzieś się kabel złamał.

Próbowałem poruszać kablem w co bardziej newralgicznych miejscach, ale bez rezultatu. Ponieważ wiedziałem, że zasilacz jest sprawny, postanowiłem poczytać o wewnętrznej żyle, służącej do sygnalizacji. Z innych zabaw z zasilaczami do laptopów wiedziałem, że jest tam obecne napięcie. Liczyłem, że to tylko prosty dodatek i jest zmostkowane z plusem. Postanowiłem zapytać znajomych, czy tak jest faktycznie. Gdyby tak było, to plan był następujący - wziąć wtyczkę i gniazdo i zrobić przedłużacz, który jednocześnie będzie mostkował plus z tą wewnętrzną żyłą.

Niestety, szybkie rozpytanie i rzut oka w wyszukiwarkę ujawniły, że jest to nieco bardziej skomplikowane: wewnętrzna żyła służy do komunikacji 1-wire zasilacza z laptopem. Natomiast sama usterka faktycznie jest popularna. Na tyle, że można kupić gotowe kable do przylutowania w zasilaczu. Tyle, że wspomniana przejściówka byłaby wielokrotnego użytku i prostsza w montażu...

Postanowiłem zmodyfikować podejście i zobaczyć, czy da się tani zrobić oszusta, czyli przedłużacz jak wyżej, ale udający zasilacz. Czyli trzeba by doczytać o komunikacji 1-wire na linii zasilacz-laptop i układach, które ją realizują. Już rozmyślałem, kto ze znajomych ma oscyloskop, ale sprawa okazała się o wiele prostsza. Ktoś już sprawdził komunikację, opisał format, a nawet zamieścił kod źródłowy i schematy. Tutaj znajdziecie cykl bardzo interesujących wpisów nt. komunikacji laptopów Dell z zasilaczami (oczywiście po angielsku) oraz repo GitHub. Jak widać autor również wpadł na pomysł przejściówki, tyle, że motywowany nieco inną potrzebą.

A jak się sprawa zakończyła u mnie? Nie zależy mi na debugu i zabawie, więc powyższe rozwiązanie nie bardzo ma sens ekonomiczny. Stosowne chipy do komunikacji 1-wire co prawda nie są drogie, bo - jeśli dobrze pamiętam - wychodziło ok. 2 zł za sztukę, ale w paczkach po 5-10 sztuk i przy sprowadzaniu z Chin. Dodatkowo trzeba jeszcze je zaprogramować, programator jest dość drogi, a nikt posiadający takie urządzenie nie przychodził mi do głowy.

Ponieważ korzystanie z laptopa na najniższym taktowaniu było zauważalnie męczące, nie bylem pewny, czy uda mi się otworzyć zasilacz w taki sposób, że złożę go z powrotem, a także nie miałem pewności, czy faktycznie chodzi o kabel, czy też może o uszkodzony układ do komunikacji, szybko kupiłem zastępczy zasilacz oraz... dwa kable. Planuję spróbować zreanimować stary zasilacz przez wymianę kabla - przy odrobinie szczęścia na parę lat starczy, a przejściówka... może innym razem. Kable dwa, bo od sprzedawcy zasilacza, więc wysyłka gratis, a kosztowały niecałe 5 zł za sztukę.

Przy okazji: otworzyć zasilacz do laptopa można wkładając nóż w szczelinę i delikatnie pukając w niego młotkiem. Sposób jest niestety inwazyjny, bo są one klejone - po naprawie trzeba albo skleić klejem (wersja trwała/ładna), albo złożyć i brzydko skleić taśmą z wierzchu.

Dokładność zegarków kwarcowych

rozieblox

Jakiś czas temu w komentarzach pod wpisem u Boniego zeszło na dokładność zegarków kwarcowych. Było o tym, że są znacznie dokładniejsze od mechanicznych. Poszperałem w sieci i znalazłem informacje[1], że chronometry (certyfikowane) mechaniczne, to dokładność -4/+6 sekund dziennie, natomiast kwarc (dowolny) to -15/+20 sekund miesięcznie.

Spostrzeżenie organoleptyczne było takie, że zarówno budzik Casio, naręczny MQ-24 oraz p zegarek naręczny reguluję dwa razy do roku - przy zmianie czasu. I żadnych niedokładności nie widzę, więc musi być jeszcze dokładniej w praktyce. Co prawda na sekundnik nie patrzę w żadnym z przypadków, ale różnicę rzędu minut czy też minuty mógłbym zauważyć.

Postanowiłem zrobić amatorski test dokładności mojego Casio naręcznego. Zsynchronizowałem czas na komputerze przy pomocy NTP[2], zatrzymałem zegarek z sekundnikiem rozpoczynającym minutę. W momencie zmiany minuty włączyłem zegarek naręczny. Czyli powiedzmy dokładność do jednej sekundy. Dla pewności zapisałem datę: 21 czerwca.

W trakcie testu zegarek był użytkowany - zaliczył wyjazd na wakacje, więc i trochę leżenia, i trochę noszenia, i trochę podgrzania na słońcu, chociaż kwarcom niespecjalnie takie rzeczy powinny robić różnicę.

Przedwczoraj, czyli 24 lipca, nadszedł czas na podsumowanie testu. Ponownie sprawdziłem synchronizację czasu na komputerze i sprawdziłem różnicę czasu. Wyniosła +5 sekund w ciągu 35 dni, czyli równo 1 sekunda tygodniowo. Poniżej minuty rocznie. Nic dziwnego, że mogłem nie zauważyć różnic pomiędzy regulacjami czasu.

[1] W wielu miejscach, generalnie zbieżne, niekiedy różniące się pojedynczymi sekundami. Nie zanotowałem niestety linków.

[2] Znaczy sprawdziłem, czy lokalny pokrywa się z czasem podawanym przez serwery NTP, bo zsynchronizowany jest cały czas - to chyba już domyślne na większości systemów, z komórkami włącznie.

UPDATE 28.09.2017 sprawdziłem ponownie. +15 sekund różnicy w 99 dni. Daje sekundę w 6,6 dnia, czyli odchylenie bez zmian.

5 porad na lepszy internet u wirtualnego operatora komórkowego

rozieblox

Od jakiegoś czasu korzystam w telefonie z wirtualnego operatora komórkowego (Virgin Mobile). Wcześniej korzystałem już z Aero2, który jest miksem operatora tradycyjnego i wirtualnego, a który z powodzeniem funkcjonuje jako podstawowy internet u rodziców. W stosunku do tradycyjnego operatora GSM jest trochę zmian o których warto wiedzieć bo wpływają na działanie internetu przez komórkę.

Główna zmiana to nadajniki. O ile w przypadku tradycyjnego operatora sprawa jest prosta - korzystamy z jego nadajników i zmieniać możemy najwyżej tryb - to w przypadku operatora wirtualnego możliwości i opcji po stronie sprzętu jest więcej. Poniżej kilka rad, które mogą pomóc uzyskać lepszy internet mobilny. Nic specjalnego i niezwykłego, ale chciałbym, żeby mi to wszystko ktoś rok czy dwa temu powiedział...

  1. Sprawdź, z jakich trybów i nadajników pozwala korzystać operator wirtualny. Zwykle jest to opisane w FAQ, jeśli będzie problem ze znalezieniem, można zapytać w BOK. Przyda się już za chwilę, w punkcie trzecim.
  2. Sprawdź w urządzeniach (w każdym z osobna), czy jest dozwolony roaming dla danych. Niektóre urządzenia zezwalają osobno na roaming krajowy (ten nas interesuje) i zagraniczny, w innych jest to proste włącz/wyłącz. Poza szczególnymi przypadkami, włączenie roamingu poprawia działanie internetu, a przynajmniej jego zasięg.
  3. Wymuś ręcznie połączenie z sieciami operatorów znalezionymi w pierwszym punkcie. Mój telefon uparcie twierdził, że T-Mobile jest forbidden i nie przełączał się automatycznie, mimo włączonego roamingu dla danych. Dopiero po ręcznym podłączeniu do nadajnika T-Mobile zapamiętał (na szczęście na stałe), że może się na nie przełączać.
  4. Jeśli planujesz przebywać w danym miejscu dłużej i potrzebujesz szybkiego lub stabilnego dostępu do internetu, również warto ręcznie przełączyć się między dostępnymi nadajnikami i sprawdzić w praktyce jak działa internet. Niestety nie ma prostej reguły - w jednym miejscu działa lepiej za pośrednictwem nadajników jednego operatora, w innym za pośrednictwem innego.
  5. Jeśli obserwujesz okresowe zrywanie połączenia z internetem, pomóc może tymczasowe wyłączenie roamingu dla danych i wybór operatora ręcznie.

Jeśli mamy lub planujemy kupić lepszy sprzęt i zależy nam na prędkości, można orientacyjnie zerknąć na mapę zasięgu LTE, jednak prawdę powie nam dopiero sprawdzenie empiryczne, niestety. Przy czym trzeba pamiętać, że sytuacja się zmienia, operatorzy planują wprowadzić (albo już wprowadzili) ograniczenia prędkości internetu przy dostępie w roamingu.

Bonus: jeśli ktoś korzysta z lokalnego proxy DNS i miewa problemy z dostępem do sieci to polecam lekturę tego wpisu na mikroblogu. Użycie DNS Google zamiast odpytywania bezpośrednio zdecydowanie poprawia sprawę. Zostawiam jako plotkę/ciekawostkę, bo nie drążyłem tematu póki co.

© Pomiędzy bitami
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci