Menu

Pomiędzy bitami

Techno, porno i duszno. Blog niezupełnie technologiczny.

Urlop IV

rozieblox

Ostatni urlop w te wakacje to wypad pod namioty pełną gębą do Przemęckiego Parku Krajobrazowego. Podobno ładnie - jeziora i krajobraz polodowcowy, plus dobra infrastruktura, nie bez znaczenia była też odległość, bo zwierzaki zostały same i trzeba było wyskoczyć w połowie nakarmić... Wyjechaliśmy w długi weekend, a po przyjeździe na miejsce okazało się, że jest to jakiś koszmar. Ilość ludzi w wybranej miejscowości, łażących wszędzie, łącznie z jezdnią, budy z błyskotkami i żarciem, jakieś pojazdy czterokołowe z dzieciakami w środku a'la rower (wspomniałem, że na jezdni?)... Jednym słowem tłumy i klimat takie, jak w miejscowościach nadmorskich. A miały być namioty i cisza. Zrezygnowaliśmy z noclegu na wybranym polu namiotowym, nieopodal kąpieliska i zaczęliśmy szukać jakiejś alternatywy.

Tu po raz pierwszy dał o sobie znać słaby zasięg sieci Virgin Mobile. Nie wiem, czy po prostu taka słaba infrastruktura GSM w rejonie, czy przypadłość VM[1]. W każdym razie przez cały wypad zero lub jedna kreska zasięgu były standardem, zdarzało się tylko połączenia alarmowe, w takich warunkach internet działa bardzo słabo. Skoro przez sieć ciężko było coś znaleźć, podjęliśmy szukanie organoleptyczne. I niestety, wszędzie tłumy. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na prywatne pole, na jedną noc i poszukanie w spokoju.

Na polu dużo ludzi, dużo przyczep i grillowanie, ale miejsce okazało się świetne - dobra infrastruktura, czyste łazienki, blisko do pięknych okoliczności przyrody. I mimo tłumów na polu spokój, więc ostatecznie cały wyjazd spędziliśmy tam. Zresztą oblężenie było tylko w długi weekend - poza nim ilości ludzi i na "naszym" polu namiotowym, i w całej okolicy raczej mizerne. Za to ostatnie dwa dni dane nam było obserwować fenomen typu wyjazd samochodami pod namioty, grille, sprzęt grający, tym sporych rozmiarów kolumna i łupanka disco polo przez cały czas przebywania przy namiocie. Daleko od nas, niespecjalnie głośno i nie do późna, natomiast sam repertuar lasujący mózg - Ona tańczy dla mnie[2] było tam całkiem znośne; z utworów, które poznałem i utrwaliłem był Dziadek[3]. Mam nadzieję, że to się spierze...

Lokalne atrakcje pozaprzyrodnicze szału nie czynią, ale jest ptactwo do dokarmiana, są wędkarze, jest dużo jezior i dostępny sprzęt pływający. W zasadzie bez dostępu do sprzętu nie widzę sensu się tam wybierać... Jeziora są połączone malowniczymi kanałami, które są na tyle szerokie i drożne, że można zaryzykować wycieczkę rowerem wodnym między jeziorami (polecam).


Kanał między jeziorami

Kanał między jeziorami. Źródło: fot. własna

Co poza tym? Niewesoła refleksja na temat stanu dostępności stron WWW na mobilkach i ciekawa dyskusja pod tym postem[4]. Polecam lekturę podlinkowanych stron. Efekt bardziej bezpośredni, to ucywilizowanie i lepsze dostosowanie do urządzeń mobilnych kolejnych stron: stanu rowerów miejskich Nextbike oraz - przede wszystkim - Planety Joggera, którą teraz powinno dać się czytać w miarę wygodnie nawet na małych ekranach.

[1] Jak teraz sprawdziłem, to wyszukiwarka BTSów wskazuje jednak na słabą infrastrukturę.

[2] Gorąco polecam wersję z lektorem. Zresztą Piosenki z Lektorem fajne są i dzień mi kiedyś zrobiły.

[3] Komentarz To jest prawdziwe czy parodie disco polo robia? dobrze oddaje moje uczucia. Niestety, to jest prawdziwe.

[4] Hmm, skoro blipnięcie na Blipie, blabnięcie na Blablerze, twitnięcie na Twitterze, to chyba na Diasporze są diaspy?

Porządki z telefonem

rozieblox

Nie przepadam za smartfonami do dzwonienia. Zdecydowanie lepiej w tej roli sprawdza się wg mnie dumbphone typu Nokia 3110c (z dostępem do netu od biedy, zresztą). No ale koniec końców trzeba było po parunastu latach zmigrować - tu operatorzy powinni się zastanowić nad tworzeniem grafów powiązań userów i co oznacza naprawdę przeniesienie danego numeru do innej sieci. W każdym razie wylądowałem w Virgin Mobile. Przy tej okazji ściągawka wybranych krótkich kodów w Virgin Mobile. Z fajnych rzeczy - mają pakiety Freemium, które nieźle nadają się do nawigacji samochodowej (300MB internetu) i pozwalają bez stresu sprawdzić w praktyce zasięg, jakość rozmów itp. Znaczy przynajmniej kiedyś, nie wiem jak to wygląda teraz, jak jest obowiązek rejestracji kart SIM...

W każdym razie największym wyzwaniem okazała się synchronizacja kontaktów. Coś miałem w starej Nokii na telefonie, większość na karcie SIM, poza tym nowy telefon też zdążył dorobić się osobnej bazy kontaktów. Wpadłem na pomysł sczytania wszystkiego na komputer (od razu backup by się zrobił...), przejrzenia, posortowania i wczytania na telefon. Na szczęście nie bawiłem się w sczytywanie z Nokii 3110c, choć kiedyś to opisywałem, tylko stwierdziłem, że zrobię eksport do pliku, następnie przełożę kartę SIM i zrobię kolejny eksport. Trochę z dmuchaniem na zimne, bo jeszcze musiałem skopiować kontakty z telefonu na kartę, a pewności nie miałem, czy telefon realizuje to przez złączenie, czy nadpisanie.

Przy okazji - nie wiem kto projektował eksport kontaktów na kartę w Androidzie, ale... skopał. Znacznie prościej wysłać mailem, niż zapisywać na kartę, bo eksport następuje - jak informuje telefon - do uroczo intuicyjnej lokalizacji /mnt/sdcard/System/PIM/PIM00001.vcf. Nielinuksiarzy pewnie wystraszy już pewnie /mnt, a po przełożeniu karty do komputera można się lekko naszukać. No bo po co zrobić ten eksport w głównym katalogu karty SD... U mnie skończyło się kolejnym eksportem, żeby doczytać komunikat o lokalizacji.

Okazało się, że kontakty zarówno na Nokii, jak i Androidzie są łączone, ale... powtarzające się kontakty tworzą duplikaty. Nawet jeśli są identyczne. Bardzo user friendly. W każdym razie zerknąłem na strukturę pliku z eksportem z Androida (vCard) i stwierdziłem, że szybciej będzie mi zrobić skrypt, który usunie duplikaty, niż szukać czegoś, co się tym zajmie. I tak powstał vCardUniq.

Skrypt robi tylko jedną rzecz - czyta ze STDIN vcardy, eliminuje identyczne (muszą być obecne i zgadzać się wszystkie dane, by były identyczne) i wypluwa na STDOUT wynik, który można wczytać do telefonu. Może się komuś przyda...

Gotowanie żaby

rozieblox

Dziś będzie o gotowaniu żaby, czyli jak my, obywatele, oddajemy bezczynnie coraz więcej swojej wolności państwu. Po małym kawałeczku. Wpis jest zainspirowany dyskusją na kanale IRC o tym, jak to my, społeczeństwo bez protestu przyjmujemy to, co wymyśla rząd AKA miłościwie nam panujący.

Poszło o rządową cenzurę stron przy pomocy DNS. O sprawie pisał DI, pisała też Fundacja Panoptykon. Oczywiście, sprawa nikogo nie dotyczy - mało kogo interesuje hazard przez Internet, poza tym, co to za zabezpieczenie przez blokadę w DNS, skoro można zmienić DNS? No i mamy Tora i VPNy, łatwo można obejść ustawę za parę euro miesięcznie, jak pisałem. Zresztą na innych portalach branżowych również są instrukcje dotyczące czy to zmiany serwerów DNS, czy zdobycia łatwego VPNa. Niby nie ma sprawy.

Tyle, że powstało pozwolenie na pewną czynność i pewien mechanizm. Czynność to blokowanie dostępu do stron WWW czyli informacji na rozkaz państwa. Przy pomocy centralnego rejestru. Oczywiście na razie to tylko hazard i tylko nieskuteczna blokada DNS, ale... jaki problem rozszerzyć za jakiś czas indeks stron zakazanych o strony porno? Porno złe! I nikt nie będzie protestował. Albo krytykujące miłościwie nam panującego prezydenta. Albo równie miłościwie nam panujący rząd? Krytyka zła! I nikt nie będzie protestował.

Na razie mechanizm blokady jest nieskuteczny i prosty do obejścia, więc się godzimy na niego. Ale jaki problem za jakiś czas poprawić go? Omijają kontrolowane przez rząd DNSy? Wymuśmy, by ISP - nieodpłatnie rzecz jasna - przekierowywał każdy ruch DNS na nie. Używają Tora? Wiadomo do czego! Zablokujmy Tora! Nikt nie zaprotestuje. Używają dnscrypt i VPNów? Wiadomo do czego! Zablokujmy! Nie da się w DNSach? To nic, doda się obowiązek utrzymywania blokowania po IP. Nawet prostszy w implementacji... Nikt nie zaprotestuje.

Zwrócono w dyskusji uwagę, że przy ACTA były protesty na ulicach i że ten język rządzący rozumieją. Bo czy ten wpis, czy linkowane wyżej artykuły Panoptykonu czy DI, czy opinie Ministerstwa Cyfryzacji spływają po miłościwie nam panujących jak po kaczce. Teraz nie ma żadnych działań.

Nie chodzi o tę jedną ustawę, oczywiście. Przypominam, że powstaje (albo już powstał) ogólnopolski projekt monitorowania ruchu internetowego. Oczywiście znowu w imię walki z przestępczością i terroryzmem. Potem wystarczy dorzucić, że próby obejścia rządowej blokady są przestępstwem, wytypować korzystających z Tora, VPNów itp. i... z głowy. A wiadomo, że służby muszą mieć sukcesy. I że jak się ma młotek, to wszystko wygląda jak gwóźdź...

Inne, podobne: pamiętacie obowiązek rejestracji kart SIM, wprowadzony w imię walki z terroryzmem? Niektórzy zastanawiali się, co z niezarejestrowanymi. Niektórzy nie wierzyli jak pisałem, że po prostu za jakiś czas każą operatorom zablokować wszystkie niezarejestrowane karty. Że prawo nie może działać wstecz, że umowa, że operator się nie zgodzi. Otóż Plus już zmienił regulaminy:

Klienci zawierający umowę o świadczenie usług telekomunikacyjnych od dnia 25 lipca 2016 r. będą zobowiązani do dokonania rejestracji powyższych danych oraz umożliwienia ich weryfikacji z dokumentem potwierdzającym tożsamość przed zawarciem umowy i rozpoczęciem korzystania z usług.

Abonenci Na Kartę, którzy zawarli umowę o świadczenie usług telekomunikacyjnych przed dniem 25 lipca 2016 r. obowiązani są podać powyższe dane i umożliwić ich weryfikację najpóźniej do dnia 1 lutego 2017 r. Zgodnie z ustawą o działaniach antyterrorystycznych niedokonanie rejestracji powyższych danych będzie skutkowało całkowitym zaprzestaniem świadczenia usług z dniem 2 lutego 2017 r.

Nikt nie protestuje, nikogo to nie dotyczy, jaki problem zarejestrować kartę?

Temperatura wody rośnie, żaba nie reaguje...

Urlop I

rozieblox

Pora na tradycyjny wpis pourlopowy, choć tym razem z lekkim poślizgiem. W tym roku urlop i krótszy - z racji przysługującego wymiaru, i później bo nie w okolicach początku czerwca, a pod koniec. Tak wyszło. Może nieco krócej, ale jakby bardziej intensywnie. Ze stałych fragmentów - nie byliśmy u żubrów. Ale na Wolin do skansenu Wikingów już się wybraliśmy.

Przede wszystkim, pod czerwca jest znacznie cieplej, niż na początku, zwłaszcza dotyczy to wody w Bałtyku. Jednego dnia zdarzyło nam się siedzieć w morzu praktycznie całe wyjście na plażę, czyli z dwie godziny. No i parawan jakby zbędny. Nie wiem czy mniej wiało, czy o tyle cieplej. W każdym razie odnotowuję różnicę.

Inna sprawa, że pogoda jakby bardziej zmienna. Praktycznie nie było dnia, żeby nie padało. Z drugiej strony praktycznie nie było też dnia, żeby nie świeciło słońce. Czyli w sumie idealnie, szczególnie, jeśli ktoś nie przepada za piękną pogodą (30 stopni i żar z nieba).

Przejechane 800 km (tylko), z czego już jadąc na urlop była przygoda, bo na S3 rozpadła się opona. Wady: duża prędkość. Zalety: jest gdzie zjechać wymienić koło, walnęło z tyłu i nie gwałtownie. No i nie padało. Nie żeby było wielkie zaskoczenie, bo czułem, że coś nie gra już wcześniej i miałem pojechać na doważanie, ale... nie było terminów, a dobrzy ludzie powiedzieli, że jak przy większej prędkości coś telepie, to pewnie źle wyważona. Otóż nie była źle wyważona, tylko pewnie odkształciło/wybrzuszyło oponę (ale od wewnętrznej, więc nie było widać). Co w ogóle IMO stawia sens przekładania opon, skoro przy zmianie wulkanizator takich rzeczy nie widzi. Drugi komplet felg nie jest drogi, a odpada jeżdżenie, czekanie i zmienianie, więc jest plan. Jest też plan alternatywny, pt. jazda na zimowych przez cały rok. Przebiegi mam niewielkie, zimówki i tak się starzeją z wiekiem... Nawet jak zjadę je w trzy lata (w co wątpię), to się opłaci.

Z większych zmian: wszystkie noclegi w namiocie. Bardziej dla zabawy, bo i tak byliśmy przy domu, a namiot w ogrodzie, ale dla dzieci frajda. No i był to test, czy są już na tyle duże, by jeździć pod namiot. Zdecydowanie tak, choć pełna infrastruktura tuż obok robi różnicę. Niemniej można myśleć o krótkich wyjazdach pod namiot i zwiedzaniu.

Wakacyjne bieganie było, choć mniej intensywne, niż planowałem. Trochę forma nie ta, trochę deszcz i komary. No właśnie, zdecydowanym odkryciem wyjazdu jest preparat na ukąszenia owadów. Kupiony głównie z myślą o dzieciach, bo się drapią, ale też używałem i... rewelacja. Rzadko robię wow, ale ten produkt bardzo mi się spodobał, więc polecam. Nie wiem czy wszystkie preparaty po ugryzieniach owadów są równie dobre, czy ten jest wyjątkowo skuteczny, ale po komarach - pełen zachwyt. Po ugryzieniu smaruje się przez kilka sekund, jakby wazeliną. Ani zapachu, ani nic na skórze nie czuć. No właśnie - nic nie czuć. Bo po chwili nie czuć też swędzenia. Działa kilkanaście godzin. Nazwę podam, jak znajdę. Vaco krem łagodzący dokładnie taki jak na zdjęciu poniżej. Nie wiem, czy inne opakowania to po prostu inne opakowania, czy produkty.

Vaco krem łagodzący
Vaco krem łagodzący. Źródło: http://selgros24.pl

Kodowanie też było, ale o tym już pisałem. Ogólnie bardzo fajnie. I chyba wolę dwa razy tydzień urlopu (czyt.: 9 dni), niż raz dwa tygodnie (czyt.: 16 dni). Chociaż może złudzenie, bo choć bardzo mi się podobało, to pewien niedosyt pozostał. Staram się nadrobić weekendami.

 

Jak zabezpieczyć domową sieć Wi-Fi?

rozieblox

Ciągle słychać o błędach w urządzeniach Wi-Fi, ale zwykły użytkownik nie ma wielkiego pola manewru - z routera Wi-Fi korzystać będzie, może co najwyżej liczyć na aktualizację oprogramowania przez producenta. Postanowiłem popełnić krótki praktyczny poradnik o tym, jak łatwo zabezpieczyć sieć Wi-Fi w domu czy SOHO. Zakładam, że konfigurowany będzie dowolny router Wi-Fi, nie określonego producenta. Nie będę podawał konkretnych zakładek/nazw, bo na różnych routerach różnie się opcje nazywają. Efektem jest przyzwoicie zabezpieczony sprzęt w domu, zmniejszający także szansę na wykorzystanie luk w oprogramowaniu - w większości przypadków konieczny jest dostęp do urządzania przez atakującego.

Podstawy

Wymienione poniżej czynności są absolutną podstawą, a efektem jest przyzwoicie zabezpieczona sieć.

  1. Zmiana hasła administracyjnego do urządzenia - warunek absolutnie konieczny. Bez tego możliwe są ataki na urządzenie przy pomocy dowolnej strony odwiedzanej z przeglądarki w sieci domowej.
  2. Wyłączenie zarządzania na porcie WAN - po co ułatwiać włamania z zewnątrz?
  3. Włączenie szyfrowania WPA2 lub WPA + AES - brak szyfrowania czy WEP nie są żadnym zabezpieczeniem, któryś z tych dwóch powinien być obecny nawet w starych sprzętach.
  4. Wyłączenie WPS - dodawanie urządzeń przy pomocy PINu może być kuszącym ułatwieniem, ale drastycznie ułatwia włamanie do sieci.
  5. Aktualizacja firmware do urządzenia do najnowszej wersji - to, że urządzenie jest nowe i prosto ze sklepu nie oznacza, że ma wgrane nowe oprogramowanie. Warto sprawdzić, czy producent nie wydał nowszej wersji oprogramowania, często poprawiane są różne błędy dotyczące stabilności i bezpieczeństwa.
  6. Ustawienie silnego hasła do Wi-Fi - patrz rozdział o hasłach.
  7. Okresowe przeglądy - patrz rozdział o przeglądach.

Dodatki

Poniższe czynności są opcjonalne, ich skuteczność jest niewielka, dyskusyjna, albo niekoniecznie są proste czy w ogóle możliwe do wykonania.

  1. Wyłączenie zarządzania routerem przez Wi-Fi - jeśli komputer jest podłączony po kablu, nie jest to żadne utrudnienie, w innym przypadku średnio wygodne, ale podnosi nieco bezpieczeństwo, zwłaszcza jeśli wpuszczamy do swojej sieci różne obce urządzenia po Wi-Fi. Zabezpiecza przed ominięciem uwierzytelniania w przypadku błędów oprogramowania.
  2. Zmniejszenie mocy Wi-Fi - brak zasięgu oznacza brak możliwości zaatakowania sieci bezprzewodowej. Ale napastnik może mieć porządną antenę kierunkową... Tak czy inaczej, nie ma sensu zakłócać urządzeń sąsiadom - jeśli mamy przyzwoity sygnał to zwiększanie mocy nie poprawi parametrów naszej sieci.
  3. Wydzielenie osobnej sieci dla gości - czy to poprzez wirtualny access point, obecny w niektórych sprzętach, czy poprzez osobne urządzenie.
  4. Ukrycie widoczności sieci - moim zdaniem złudne zabezpieczenie. Atakujący i tak jest w stanie taką sieć wykryć, a może to utrudniać dołączanie urządzeń czy wybór najlepszego kanału.
  5. Ograniczenie dostępu na podstawie MAC adresu - kolejne złudne zabezpieczenie, bo MAC adresy można zmieniać. Niemniej trochę pomaga, bo nie każdy umie zmienić i nie każdy sprzęt/sterownik pozwala w prosty sposób na zmianę MAC. Wiąże się z koniecznością każdorazowego logowania na router i dopisywania MAC przy wpuszczaniu nowego urządzenia do sieci, więc niezbyt wygodne.

Hasła

Hasła powinny być możliwie długie (myślę, że w dzisiejszych czasach 14-16 znaków to rozsądne minimum), zawierać cyfry, wielkie i małe litery. Z uwagi na wpisywanie hasła do Wi-Fi na urządzeniach mobilnych, warto wziąć pod uwagę wygodę wpisywania, zwłaszcza, jeśli wpisujemy je często, na różnych urządzeniach. Znaki specjalne zwiększają bezpieczeństwo haseł, ale uważam, że lepiej (wygodniej i porównywalnie pod względem bezpieczeństwa) mieć hasło o kilka znaków dłuższe, niż ze znakami specjalnymi.

Przeglądy okresowe

Raz na jakiś czas - czy to kwartał, czy co pół roku - warto sprawdzić czy jest dostępne nowsze oprogramowanie dla routera, zmienić hasło do Wi-Fi. Jeśli korzystamy z kontroli dostępu na poziomie MAC adresu - warto od razu zweryfikować listę i usunąć zbędne urządzenia.

Czy rozmiar ma znaczenie?

rozieblox

W tym przypadku prawo nagłówków Betteridge'a nie ma zastosowania, odpowiedź będzie twierdząca, a wszystko za sprawą Androida.

Logo Androida
Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Android_(operating_system)

Od roku korzystam z Yanosika. Jakiś czas temu zauważyłem, że niemal skończyło mi się miejsce na karcie SD. Szybkie śledztwo ujawniło, że głównym winowajcą nie są - jak przypuszczałem - zdjęcia, tylko katalog yanosik-new, który zajmował ponad 700 MB z dostępnych 2 GB na karcie (wiem, mała, taka zaszłość). Ponarzekałem na FB, usłyszałem, że zawartość katalogu można bezpiecznie usunąć - odbuduje sobie co potrzebne. Znaczy się klasyczny cache. OK, rok używany, karta mała, nie robię afery. Usunąłem.

Ostatnimi dniami coś Yanosik zaczął zgłaszać błędy w stylu aplikacja nie odpowiada - czekaj/zgłoś/zamknij. Coś mnie tknęło, żeby znowu sprawdzić zajętość karty i... bingo. Znowu brak wolnego miejsca. Co prawda zrobiłem na urlopie parę zdjęć, ale zdecydowanie nie kilkaset MB. Oczywiście znowu yanosik-new ma rozmiar ponad 700 MB... Zacząłem szukać większej karty i rozglądać się za instrukcją zmiany karty w telefonie na większą. Przy okazji obmyślając, jakich ciepłych słów użyć pod adresem autorów Yanosika, bo zużycie 700 MB w rok to jeszcze jestem jakoś w stanie zrozumieć, ale w 3 tygodnie?

Znalazłem jakąś kartę 4 GB, ale okazało się, że muszę sprawdzić, czy jest sprawna. Wymiana karty SD w urządzeniach z Androidem jest prosta - wystarczy zgrać całą zawartość na komputer, sformatować nową kartę, przegrać wszystkie dane na nową. I powinno działać. Wygląda prosto, ale stwierdziłem, że zrobię backup, poza tym i tak wygodniej wrzucić całość na chwilę na komputer, niż kopiować między czytnikami.

I tu niespodzianka. Po usunięciu miniaturek zdjęć (jakieś 200 czy 300 MB) i skopiowaniu wszystkich danych na dysku katalog zajął... 880 MB.  Czyli jakąś połowę tego, co na karcie. W tym momencie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Czyżby rozmiar bloku? Katalog Yanosika ma dużo małych kilkusetbajtowych plików, więc może o to chodzi. Sprawdziłem jego rozmiar w komputerze. 130 MB, więc bez dramatu. Czyżby autorzy zrobili taki bezsensowny i niedostosowany do Androida cache?

Zacząłem drążyć temat i okazało się, że cfdisk pokazuje jako system plików FAT16. No ale jak to? I jaki jest rozmiar bloku dla FAT 16? I czy w ogóle pojemności rzędu 2 GB są obsługiwane przez taki zabytek? Szybka wyprawa do muzeum i okazało się, że owszem, FAT16 obsługuje pojemności dysku do 2 GB. A rozmiar bloku to wówczas... 32 kB. Zamiast wymieniać kartę, postanowiłem zrobić mały eksperyment: zmienić system plików na FAT32.

Zmieniłem typ partycji w cfdisk (raczej bez znaczenia) i sformatowałem kartę przy pomocy mkfs.vfat -F 32, czyli wymuszając FAT32. Skopiowałem dane z komputera, włączyłem telefon, odbudowałem cache zdjęć. Po tym zabiegu jest 930 GB wolnego, bez kasowania jakichkolwiek danych! Czyli rozmiar bloku ma w przypadku urządzeń z Androidem duże znaczenie.

Zastanawiam się tylko, jak to możliwe. Kto w XXI w. używa FAT16? Nie kojarzę gdzie była formatowana karta. Wiele wskazuje na to, że w samym telefonie. Czyżby Android był tak słabo zaprojektowany, że domyślnie formatuje karty o rozmiarze 2 GB i mniejsze na FAT16? Jeśli tak, to jak widać zupełnie bez sensu. Ciekawe też, jaki system plików jest w na wbudowanej pamięci flash. Bo o ile karty microSD są tanie (8 GB class 4 od 12 zł widzę, za mniej niż 20 zł można nawet 16 GB class 10 w sklepie kupić), więc rozważania o rozmiarze 2 GB są czysto teoretyczne, o tyle w przypadku wbudowanej pamięci nie ma możliwości zmiany jej rozmiaru - trzeba zmienić urządzenie. Gra w tym przypadku (Yanosik i jego cache plus jakieś inne dane typu zdjęcia, ale przypuszczam, że nie on jeden tak robi...) toczy się w praktyce o podwojenie miejsca...

Pewnego rodzaju obejściem problemu może być w tym przypadku opisane kiedyś przeniesienie aplikacji z pamięci wbudowanej na kartę. Oczywiście najlepiej sformatowaną na FAT32, ale to powinno już stać się automatycznie w przypadku pojemności większych niż 2 GB.

Aero2 - powiadamianie o konieczności wpisania CAPTCHA

rozieblox

Kolejny wyjazd na urlop i znowu dostęp do internetu sponsoruje Aero2. Oczywiście w wariancie z kompresowanym tunelem i proxy cache'ującym. Pewnie gdyby nie to rozwiązanie, to po prostu kupiłbym pakiet w Aero2, bo są naprawdę tanie, a jak testowałem przy okazji awarii netu u mojego ISP - śmiga to bardzo dobrze. Tak czy inaczej, gołe Aero2 jest nieprzyzwoicie wolne do WWW, po włączeniu ww. proxy śmiga na tyle dobrze, że stwierdziłem, że nie ma sensu kupować, tym bardziej, że nie pamiętam, czy aktywują od razu itp., a po włączeniu rozwiązania z tunelem wszystko działało. Przy czym najwięcej czasu przy włączaniu zajęło odszukanie wpisu z opisem.

W związku z użyciem ww. proxy WWW pojawia się jeden problem: nie działa przekierowanie i podstawowa przeglądarka nie wyświetla w takiej konfiguracji pytania o captchę. Zresztą, nawet gdyby przekierowanie działało, to mało ono pomaga przy czynnym korzystaniu z internetu, tj. nie przy biernym przeglądaniu, ale np. podczas pisania komentarza na jakiegoś bloga. Co prawda dzięki dodatkowi Lazarus do przeglądarki (polecam!) treść komentarza nie zginie nawet jeśli funkcja cofnij w przeglądarce nie działa i nastąpi przekierowanie, ale postanowiłem sobie sprawę ułatwić, przez napisanie prostego skryptu w Perlu, który sprawdzi dostępność zdefiniowanych hostów, a przy braku dostępności zadanej ilości wyświetli wyskakujące powiadomienie (xmessage). Przy czym sprawdza dość często (co 15 sekund), a jak brak łączności, to przerwa jest dłuższa.

Wyszło trochę ciekawiej, niż się spodziewałem. Wiadomo, że mocną stroną Perla są moduły, więc postanowiłem oprzeć się na dedykowanym module. Po pierwsze, okazało się, że Net::Ping domyślnie korzysta z TCP, nie ICMP, którego planowałem użyć, ale wydało się nawet lepsze. Niestety tylko do czasu, gdy okazało się, że przy podaniu hostów w formie domen i sprawdzaniu portu 80, za sprawą mechanizmu przekierowania Aero2 strona nadal jest dostępna. Tyle, że jest to strona mówiąca o konieczności wpisania captcha.

Rozwiązania są trzy. Pierwsze, to sprawdzanie zawartości strony, tj. czy nie pojawił się tekst mówiący o konieczności wpisania kodu captcha. Po pierwsze komplikuje to budowę skryptu, po drugie, zmniejsza jego uniwersalność (będzie działał tylko dla Aero2), po trzecie, możliwe, że przestanie działać przy jakiejś zmianie komunikatu. Drugie rozwiązanie, to podanie IP zamiast nazw domenowych. Przy takim rozwiązaniu przekierowanie dokonywane przez Aero2 nie będzie miało wpływu. Mniej czytelne i... zwyczajnie nie wpadłem w pierwszej chwili.

Zamiast tego postanowiłem skorzystać z wersji najoczywistszej i pierwotnie zamierzonej: wykorzystać jednak ICMP do sprawdzania osiągalności hostów. I tu największa niespodzianka: Net::Ping (ogólnie Perl) do wykorzystania ICMP wymaga uprawnień roota. Zdziwiłem się, ale po prostu tak jest i nie jest to feature Perla, a systemu - zwykli użytkownicy nie mają dostępu do tworzenia socketów. Z tego co znalazłem w sieci, polecane/najprostsze rozwiązanie na obejście tego to... wykorzystanie systemowego polecenia ping, do którego zwykle użytkownicy mają dostęp (SUID). Tak też uczyniłem.

Efekty można zobaczyć na mojej ulubionej sieci społecznościowej (hrhrhr), czyli w repo aero2-watch na GitHubie. Grupa potencjalnych użytkowników bardzo wąska (Linux + Aero2), ale może się komuś przyda...

Gdyby ktoś się zastanawiał, czemu klepię skrypty/siedzę na necie na urlopie to: lubię i zawsze to robię, poza tym, do porannej kawy jak znalazł; robię też inne, typowo urlopowe rzeczy; napisanie ~50 linii w Perlu trwa znacznie krócej, niż napisanie tego wpisu.

Ile warte jest świadectwo szkolne?

rozieblox

Zapewne w związku z końcem roku szkolnego w radiu pojawiły się nachalne reklamy Mediaekspert, dotyczące rabatów udzielanych za oceny na świadectwie szkolnym. Jak się można dowiedzieć z reklamy, konkretnie za piątkę dają 5 zł, za szóstkę 6 zł.

Pierwsze, co mnie zasmuciło, to niedowartościowanie szóstek. Za moich czasów o szóstkę było dużo trudniej, niż o piątkę, więc już na wstępie jest lekki niesmak, że tylko złotówka różnicy. Skoro liczyć proporcjonalnie, to może 1 zł za niedostateczny? OK, szału nie ma, ale na świadectwie może być nawet kilkanaście ocen, a płacą było nie było obcy ludzie, więc postanowiłem się przyjrzeć bliżej sprawie, bo pewnie są jakieś warunki dodatkowe.

Na stronie sieci Mediaexpert znalazłem regulamin zeszłorocznej promocji - wyszukiwarka płata figle i zdecydowanie łatwiej znaleźć było dane dotyczące zeszłorocznej promocji. Przeczytałem i pierwszym moim skojarzeniem były wpisy Pacyfki z serii don't be fool, quit the school. Co prawda tam bardziej o studiach, ale niestety ma zastosowanie.

Po pierwsze, żeby skorzystać z promocji, trzeba wydać minimum 300 zł. Uczący się matematyki szybko policzą, że świadectwo z dziesięcioma pozycjami, same szóstki to... 60 zł, czyli szalone 20% rabatu. Oczywiście, gdyby zakup był droższy, to procentowo będzie jeszcze mniej. Liczyłem bardziej na 100 zł.

Po drugie, wszystkie świadectwa są równe, ale są i równiejsze. Świadectwo opisowe to 20 zł, jeśli jest promocja do następnej klasy. Z jednej strony łatwiej uzyskać rabat, z drugiej, w przypadku dobrych ocen, wypada ono dużo gorzej. Teoretycznie szkoły zapewniają tradycyjne świadectwa, z ocenami, ale... trzeba się o nie postarać i wypisanie ich zajmuje trochę czasu.

I teraz zaczyna się najciekawsze. Pomocja trwa... całe dwa dni. Chyba po to, żeby ktoś przypadkiem nie zdążył skorzystać. Czy może w lipcu będą wakacyjne przeceny?

W tym roku akcja chyba (jakoś nazwa sklepu mi umknęła w reklamie) dotyczyła Media Markt. Znalazłem w sieci informacje o promocji (regulamin w pdf niedostępny, choć promocja jeszcze trwa, ciekawe...). Jak widać jest lepiej, niż w zeszłym roku w Mediaexpert, choć nadal niewesoło.

Klasy I-III jak widać w tym roku traktowane równo - 20 zł rabatu. Bawi za to podejście do oceny procentowej. Odpowiednikiem szóstki jest ponad 85%. Kiedyś przysługiwała ona za "ponad program". Odpowiednik piątki to 66% i więcej. I tu już nic nie rozumiem, bo IIRC zdarzało mi się pisać testy (choć raczej na studiach), gdzie okolice 60% były wymagane na zaliczenie (i słusznie).

Poza tym, promocja trwa teraz pięć dni, a rabat przysługuje przy zakupach za 200 zł (ale nie jest wyższy, niż 100 zł). OK, zdecydowanie bardziej ludzko w tym roku.

Tak czy inaczej, uważam reklamę i pseudopromocję za szkodliwą. I celowana w dzieciaki, i deprecjonuje wartość nauki w ogóle, a ocen celujących w szczególe. Ja rozumiem, że to taki chłyt marketingowy, żeby przyciągnąć ludzi do sklepów, ale może nie mieszajcie w to dzieci i szkoły.

Nie żeby moim dzieciom zależało. I jest to co najwyżej dobry przyczynek do tego, żeby pokazać, jak reklama i promocje są tylko po to, żeby mamić.

Brexit. Histeria. Histereza.

rozieblox

No i stało się to, czego "nikt nie przewidział". Zjednoczone Królestwo[1] wychodzi z Unii Europejskiej po referendum i stosunku głosów 52% za wyjściem, 48% za pozostaniem.

Wielu jest w szoku (głównie media), ja nie tak bardzo. UK było w UE, ale... jednak tak nie do końca. Wielka Brytania ani nie przystąpiła do strefy euro, ani nie ratyfikowała Traktatu z Schengen[2], co w przypadku tak dużego członka jest co najmniej dziwne. Trochę bolały ostatnio nierozwiązane problemy wewnątrz UE, więc można było się spodziewać takiego wyniku, chociaż początkowa reakcja na rynkach walutowych była dość histeryczna.

Przypuszczam, że w praktyce wielkich zmian nie będzie. Przypuszczam, że ekonomicznie wiele się nie zmieni (chyba, że mamy na horyzoncie naprawdę większą zawieruchę, ale to pomińmy...), a nawet - paradoksalnie - wyjście UK z UE może doprowadzić nie do rozpadu UE, który wieszczą niektórzy, a do scementowania i wzmocnienia Unii. Zresztą, po początkowej histerii na rynkach walutowych szybko przyszło opanowanie.

I na koniec zastanawia mnie jedna rzecz: jak to możliwe, że w tego typu głosowaniach nie ma histerezy? W tej chwili o kształcie długofalowej polityki decydują pojedyncze punkty procentowe głosujących. Jest wielce prawdopodobne, że gdyby referendum przeprowadzić parę miesięcy wcześniej albo później, wynik byłby odwrotny. Po prostu przy małych różnicach istnieje ryzyko oscylacji. Znacznie lepiej by było, gdyby przy tego typu referendach wymagać nie zwykłej większości głosów, ale np. 55% za przyjęciem, a następnie do zmiany 55% za odrzuceniem. Na pewno sprzyjało by to stabilizacji polityki długofalowej.

Niestety, pojawia się problem sformułowania pytania (czy jesteś za pozostaniem w UE vs czy jesteś za opuszczeniem UE), istotny zwłaszcza przy pierwszym referendum. Nie bardzo mam pomysł jak to rozwiązać. Być może jakimś rozwiązaniem byłby wymóg większości dla zmiany, ale jak to od strony prawnej ugryźć, to pojęcia nie mam.

UPDATE Jeszcze dwie kwestie, które pojawiły się po referendum. Pierwsza ojej, oni teraz googlają za czym naprawdę głosowali. No jakby mnie to nie dziwi, bo tak jest w większości przypadków w każdych demokratycznych wyborach. Ludzie zaskakująco często głosują niemerytorycznie, bez zrozumienia, na zasadzie kandydat ładnie wygląda na plakacie albo w radyjku mówili, żeby tak głosować. Nie żebym sam jakoś dogłębnie grokował politykę i zdarza mi się głosować "na partię", no ale główne założenia programu/poglądy partii znam.

Kwestia druga, to młodzi głosowali za pozostaniem w UE, starzy taki zgotowali im los. Dane, na których opiera się ta teza poniżej.

Brexit przedziały wiekowe.

No i znowu, po pierwsze, to sondaż, po drugie praktycznie nikt z pierwszych dwóch przedziałów nie decydował o przystąpieniu UK do UE z tego prostego względu, że za młody był. I jakby wypada oddać im prawo do nie do takiej unii przystępowaliśmy. I dania temu wyrazu.

[1] Jak to ładnie kumpel dziś na FB ujął teraz to ani zjednoczone, ani królestwo.

[2] Na dodatek używają dziwnych miar i mają kierownicę po złej stronie. Ale nie bądźmy złośliwi...

Dokładność GPS, albo jej brak

rozieblox

Że GPS dokładny nie jest, to żadna nowość. Pisałem zresztą o tym już nieco przy okazji opisu wrażeń z Ingress. Znaczy w komentarzu. Poza tym, wiadomo, że GPS zawyża dystans. Ale wiadomo, że jest to łatwo dostępny, wygodny sposób pomiaru przebytej odległości, co w połączeniu z czasem pozwala zmierzyć prędkość. Niedawno na zastosowanie w sporcie narzekał torero, ale wiadomo, to niewielkie dystanse, więc i błąd większy.

Z GPS korzystam głównie w aucie, za sprawą Yanosika. Nawet zbytnio nie narzekam. Poza jednym odpałem, kiedy z ok. 240 km zrobił 480 km (i tak mu zostało), prędkość pokazuje na moje oko dobrze. No i dłuższe dystanse, niż przy bieganiu, więc chwilowe odchylenia o kilka czy kilkadziesiąt metrów nie grają aż tak wielkiej roli. A przynajmniej nie powinny.

Tak się jednak składa, że ostatnio dość regularnie jeżdżę po tej samej trasie. Średni pomiar ok. 10 km. Wg Google Maps - bardziej 8-9 km. Biorąc pod uwagę, że to jazda w mieście, jakieś 15-20 minut, więc całkiem sporo. Zastanawiające są natomiast pomiary skrajne. Wartość minimalna to 6 km, a maksymalna, uzyskana dziś to... 15 km. Może przez chmury, może kwestia montażu (mógłby być bardziej przy szybie...), może czasu na złapanie pozycji, może sprzętu albo samego Yanosika... Niemniej, rozrzut plus minus 50% to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej.

Tak dla pamięci, ale i ku przestrodze, gdyby komuś przyszło brać na poważnie pojedynczy pomiar GPSem.

Jak zenbox.pl z domen klientów korzystał

rozieblox

Niedawno na blogu sprawnymarketing.pl pojawił się wpis o tym, jak rzekomo Zenbox stosował black hat SEO. Sprawa okazała się znacznie głębsza, szersza i ciekawa, niż na pierwszy rzut oka wyglądał. W różnych wymiarach, od technicznych, po prawne.

Przede wszystkim, niezaprzeczalnym faktem jest, że niektóre strony (raczej: większość) hostowane na zenbox.pl, pokazywały co innego przy wejściu przez HTTP, a co innego przez HTTPS. Jak pokazują zamieszczone w ww. wpisie zrzuty ekranu, narzędzia do badania SEO zauważały te linki. Raczej słusznie, bo wbrew temu, co twierdzi zenbox.pl, strony te nie zostały zignorowane przez Google, lecz normalnie zaindeksowane, co pokazuje poniższy zrzut ekranu:

Zenbox.pl SEO HTTPS

Szybko okazało się, że zenbox.pl nie jest jedynym hostingiem, który działa w ten sposób, a winny jest prawdopodobnie panel DirectAdmin, którego domyślna konfiguracja powoduje pokazywanie "zaślepki" przy braku podpiętego certyfikatu SSL. Potem było już tylko weselej, bo w dyskusji na Wykopie niektórzy sugerowali, że w zaślepkach powinien być w linkach atrybut nofollow. Uważam, że akurat brak nofollow świadczy w tym przypadku na korzyść zenbox.pl i braku celowego działania - gdyby ktoś zawracał sobie głowę atrybutami czy anchor text (a są i tacy), to znaczy, że pomyślał o pozycjonowaniu.

Jeszcze bardziej dziwi mnie skupienie się na SEO i ominięcie sedna sprawy: nie chodzi o - celowe lub nie - wprowadzenie w błąd Google. Przede wszystkim mamy do czynienia z podmianą treści na stronie zamieszczonej w określonej domenie. Wątpię, by właściciele domen mieli wiedzę, że taka podmiana miała miejsce. Jeszcze bardziej wątpię w ich zgodę na takie działanie.

HTTPS zamiast HTTP niewiele tu zmienia - oczywiście jest możliwość serwowania różnych treści w zależności od protokołu, podobnie jak strona z przedrostkiem www (de facto subdomena) z technicznego punktu widzenia może kierować zupełnie gdzie indziej, niż domena bez takiego przedrostka, ale przyjęte jest, że kierują w to samo miejsca. W przypadku HTTPS jest to IMO wręcz oczywiste.

Pamiętajmy też, że strony WWW, zwłaszcza popularniejsze blogi, potrafią po prostu sprzedawać miejsce na reklamę na stronie. Wydaje mi się, że w przypadku takich blogów wykazanie szkody w sądzie byłoby trywialne. Dlatego podejście zenbox.pl do sprawy mnie dziwi. Jak widać w komentarzach na blogu, mamy kolejno:

  1. straszenie "na takie działania godzić się nie można i zrobimy wszystko aby takie akcje miały konsekwencje"
  2. negacja, najpierw problemu w ogóle (screenshot w ww. wpisie), potem wpływu "działania nie mają wpływu na pozycję stron klientów ani wpływu na pozycję witryny zenbox.pl"
  3. przyznanie istnienia problemu "wspomnianego problemu nie doświadczyli" i w końcu podjęcie działań (zmiana konfiguracji, mailingi)

Wydaje mi się, że znacznie bardziej na miejscu byłaby analiza sytuacji, podziękowanie za zwrócenie uwagi, naprawienie problemu (poprawa konfiguracji) i przeproszenie klientów.

Cała sprawa ma jeszcze jeden ciekawy aspekt. Wydaje mi się, że największy błąd popełniło... Google, które podmienioną treść na stronie jak widać łyka jak pelikan. Mimo ewidentnych błędów HTTPS (certyfikat nie pasuje do domeny), które m.in. przed taką podmianą miały chronić. W czasach, gdy każda domena może mieć rozpoznawany przez przeglądarki certyfikat SSL za darmo (oczywiście chodzi o projekt Let's Encrypt) strony za niepasującymi, wygasłymi i self signed certyfikatami powinny po prostu być ignorowane.

Prawidłowa konfiguracja to IMHO ta sama treść dostępna po HTTP i HTTPS. Czy to za sprawą odpowiedniego przekierowania (to sensownie uda się tylko z HTTP na HTTPS...), czy też - zwł. na shared hostingu - pod certyfikatem hostingodawcy, jeśli domena nie ma własnego.

5 V

rozieblox

Tak sobie myślę, że 5 volt czy też bardziej po polsku 5 woltów to byłaby dobra nazwa kategorii, albo i nawet bloga, gdyby ktoś chciał pisać więcej o drobiazgach zasilanych albo zasilających tym napięciem, czyli ogólnie gadżetach. Łapią się telefony, smartfony, różne SoC z ARM, ładowarki, powerbanki, osprzęt do komputera typu mysz, klawiatura czy słuchawki... Nie zauważyłem tego wcześniej, ale od dość dawna coraz więcej urządzeń zasilanych jest właśnie tym napięciem, choć niekoniecznie przy użyciu gniazd USB, i stało się ono w jakiś sposób znakiem naszych czasów.

Ostatnio poczyniłem, głównie w Chinach, parę zakupów spod znaku 5V właśnie. Po pierwsze, kupiłem miernik prądu na USB. Pokazuje napięcie i natężenie w zakresie odpowiednio 3,5-7 V oraz 0-3 A. Głównie z myślą o mierzeniu, ile prądu pobierają różne urządzenia peryferyjne podłączane do komputera, bo powertop wydawał się pokazywać wartości co najmniej dziwne (mysz w pracy 1W IIRC). Potem dowiedziałem się, że są rozwiązania ciekawsze, choćby z pomiarem pojemności, którego mi trochę brakuje (o tym później), ale to urządzenie robi robotę, a w sumie informacja o napięciu i natężeniu wnosi najwięcej.

Miernik prądu USB

Źródło: aukcja sprzedawcy na aliexpress.com

Szybko okazało się, że drugie (wg producenta pierwsze, bo miernik ma napis charger doctor, co dopiero teraz zauważyłem), co najmniej równie interesujące zastosowanie, to diagnostyka ładowarek. Mam taką jedną, tandeta wysokiej klasy, nie wiem jak do nas trafiła do domu. Szybko przestała działać, coś grzechotało w środku. Okazało się, że urwał się drucik od 230V idący do płytki. Przylutowałem. Nie wiem, czy drucik nie robi czasem za bezpiecznik, bo przewodnik w nim ma grubość włosa i ogólnie zastanawiam się, kto ten badziew do obrotu dopuścił... Wspomniana ładowarka ma jeszcze jedną "ciekawą" cechę - ładowane smartfony wariują. Testowane na dwóch różnych. Zachowują się, jakby ktoś naparzał w zablokowany ekran. Jeden cały czas, drugi tylko przy próbie korzystania z ekranu. Podłączenie miernika ujawniło podejrzanie niskie napięcie podczas ładowania, które prawdopodobnie jest przyczyną. No chyba, że jest kolejnym objawem "jakości", a przyczyna to np. szybkie skoki napięcia... ;-)

Skoro o ładowarkach mowa, w Biedronce są/były zestawy za 9,99 zł składające się z ładowarki sieciowej i samochodowej. Sieciowa niby 750mA, ale Banana Pi z kartą WiFi działa. Samochodowa też jest świetna, w porównaniu z jakąś chińską, którą miałem wcześniej. Wcześniejsza ładowała, ale bilans energii przy włączonym Yanosiku i niewygaszonym ekranie był ujemny (patrz wpis i komentarze). Na tej z Biedronki jest zdecydowanie dodatni, czyli ładowarka faktycznie ładuje.

Kolejny chiński zakup to powerbank. 5000 mAh, z ogniwem słonecznym (200 mA, więc raczej gadżet, ale od biedy...). Nawet wydaje się działać, trochę nie mam pomysłu jak sprawdzić rzeczywistą pojemność. Na razie ładuję telefon, który ma baterię 1160 mAh. W godzinę naładował od 25% do 86%, więc nieźle. Zobaczę, ile razy naładuje telefon. Wynik będzie trochę zafałszowany, bo powerbank leży na biurku i twierdzi, że się ładuje od słońca, mimo braku bezpośredniego nasłonecznienia. Lepszego pomysłu na sprawdzenie pojemności chwilowo nie mam.

Po konkrety odsyłam na bloga o pomiarach energii, gdzie wkrótce pojawi się kategoria 5V i dokładniejsze dane dla poszczególnych urządzeń.

Uruchomienie karty Wi-Fi Mediatek MT7601U na Banana Pi

rozieblox

Jakiś czas temu kupiłem małe, tanie karty USB Wi-Fi w Chinach. Stwierdziłem, że przydadzą się do niewyposażonych we wbudowane karty płytek z ARM, czy nawet żeby któryś komputer podpiąć na szybko do sieci Wi-Fi w standardzie N. Karty przetestowałem na szybko na laptopie i wszystko było fajnie, ale... uruchomienie ich wymagało rzeźby i dokompilowania modułu. Dla jasności: chodzi o karty, które sprzedawane są jako Mediatek MT7601U USB bgn WiFi dongle.

Po podłączeniu w wyniku lsusb widać:

Bus 002 Device 002: ID 148f:7601 Ralink Technology, Corp.

 

a wymagany driver dla tej karty to mt7601u. W momencie podłączania karty USB w dmesg pojawia się:

[ 1075.027898] usb 2-1: new high-speed USB device number 2 using ehci-platform
[ 1075.189356] usb 2-1: New USB device found, idVendor=148f, idProduct=7601
[ 1075.196330] usb 2-1: New USB device strings: Mfr=1, Product=2, SerialNumber=3
[ 1075.203764] usb 2-1: Product: 802.11 n WLAN
[ 1075.208160] usb 2-1: Manufacturer: MediaTek

 

Dziś potrzebowałem uruchomić Banana Pi pod kontrolą dystrybucji Bananian z tą kartą, wetknąłem ją w lapka, żeby odświeżyć sobie budowanie modułu i... miło mnie zaskoczył - działało od kopa. Stwierdziłem, że może zasługa nowszego kernela (4.5), ale prawdopodobnie nie - brakujący firmware jest dostarczany w Debianie w pakiecie firmware-misc-nonfree. Niedostępnym w Jessie, ale nie jest to wielki problem. Poniżej krótka instrukcja, co zrobić, żeby zadziałało (dla Bananiana 16.04 (released 2016-04-23)). Być może zadziała także na starszym kernelu, ale nie testowałem. Zgodnie z tym, co piszą na GitHubie projektu, driver jest dołączony do mainline kernela, i opisany poniżej sposób powinen działać dla kerneli od 4.2 w górę.

Instalacja kernela z linii 4.x na Banana Pi (niezalecana w FAQ Bananiana, ale...):

wajig install linux-image-4.4-bananian

 

Następnie reboot, by Banana Pi działało z nowym kernelem. Kolejnym krokiem jest pobranie pakietu z firmware dla karty:

wget http://ftp.de.debian.org/debian/pool/non-free/f/firmware-nonfree/firmware-misc-nonfree_20160110-1_all.deb

 

Usunięcie pakietów, które konfliktują z ww. pakietem (oczywiście wajig; wykonać dla wszystkich pakietów, które zgłoszą konflikt):

wajig remove firmware-ralink

 

Ostatnim krokiem jest instalacja pobranej paczki:

wajig install firmware-misc-nonfree_20160110-1_all.deb

 

Od tej pory karta USB Mediatek powinna po prostu działać po włożeniu do USB. Oczywiście należy połączyć się jeszcze z siecią bezprzewodową, ja polecam do tego wicd i wygodny konsolowy wicd-curses. Zadziała także dla Debiana w wersji stable (Jessie) - w zasadzie Bananian różni się tylko kernelem.

UPDATE Dobrzy ludzie słusznie donoszą, że firmware-misc-nonfree jest w repozytorium backports, więc instalacja jest prostsza - wystarczy dodać stosowne repozytorium do źródeł. Przyznaję, że nie sprawdzałem, bo jakoś mi się błędnie zakodowało, że ani armel, ani armhf nie są dostępne w backports.

KVM i task blocked for more than 120 seconds - solved

rozieblox

Sprawę miałem opisać już jakiś czas temu i zapomniałem, a jest szansa, że komuś się przyda. Był sobie serwer, na którym działało trochę VPSów. Wszystkie KVM, wszystkie z systemem plików ext4 i obrazem dysku qcow2. Czyli standard. Sprzęt nie pierwszej młodości, ale działały względnie stabilnie. Poza jedną, w sumie najbardziej obciążoną, bo działał w niej jeden z serwerów Zabbixa, niespecjalnie obciążony w porównaniu z innymi, w których jednak żaden nie działał w KVM.

Tej jednej zdarzał się zaliczyć zwis, z komunikatami:

kernel: INFO: task XXX blocked for more than 120 seconds.
kernel: "echo 0 > /proc/sys/kernel/hung_task_timeout_secs" disables this message.

Wymagany był reboot wirtualki. Dotyczyło to różnych tasków, a całość działa się losowo - potrafiło działać przez kilka tygodni, a potrafiło wywalić się co parę dni, co nie ułatwiało diagnostyki. Początkowo działo się to na tyle rzadko, że sprawa została zignorowana, ale w miarę wzrostu obciążenia maszyny fizycznej, problem się nasilał. Objaw był taki, że operacje wymagające zapisu na dysk nie wykonywały się (czyli monitoring zdychał). Zacząłem szukać przyczyn - pierwotnie podejrzenie padło na coś, co wykonuje się z crona, bo sporo procesów crona wisiało, ale przejrzenie skryptów pokazało, że niespecjalnie mogą one być przyczyną

Wyglądało, jakby momentami coś nie wyrabiało się dostępem do dysków w momentach większego obciążenia. Z tym, że znowu - widać było, że nie jest to deterministyczne. Ponieważ maszyny jak wspomniałem starawe, to podejrzenie padło na sprzęt - problemy z dostępem do dysków potrafią robić cuda. SMART pokazywał, że wszystko OK, ale sprawdzić nie zawadzi... Przeniesienie wirtualki na inną, mniej obciążoną maszynę fizyczną nie przyniosło rezultatów - wieszało się nadal, chociaż rzadziej.

Oczywiście wyłączenie komunikatu, które jest w nim wspomniane, nie rozwiązuje problemu. W międzyczasie trafiłem na opis rozwiązania problemu, czyli zmniejszenie vm.dirty_ratio oraz vm.dirty_backgroud_ratio. Tylko że... to nie pomogło. Nie pomogło także zwiększenie kernel.hung_task_timeout_secs początkowo do 180, potem do 300 sekund. Było trochę lepiej, ale problem nadal występował. Pół żartem, pół serio zacząłem się zastanawiać nad automatycznym rebootem po wystąpieniu problemu (zawsze to krótsza przerwa), ale to brzydkie obejście, nie rozwiązanie. Tym bardziej, że w miarę wzrostu obciążenia i VPSa, i maszyny fizycznej na której on działał, problem zaczął występować częściej - góra co parę dni. Paradoksalnie, dobrze się stało, bo i motywacja większa, i sprawdzanie efektu wprowadzonych zmian łatwiejsze.

Z braku opisów w sieci, pomocy znajomych adminów i innych pomysłów zacząłem sprawdzać po kolei wszystko. Od fsck systemu plików, przez nowsze wersje kernela, zarówno na maszynie fizycznej, jak i na wirtualce - a nuż coś poprawili. Bez rezultatu. Ostatecznie postanowiłem zmienić format dysku wirtualki z qcow2 na raw i... trafiony, zatopiony - wirtualka zaczęła działać stabilnie.

Dla pewności wróciłem jeszcze z raw z powrotem na qcow2, na wypadek, gdyby chodziło o jakieś błędy, których nie wykrywało narzędzie do sprawdzania qcow2, ale... problem natychmiast wrócił. Gwoli ścisłości: ww. tuning dotyczący parametrów kernela z serii vm.dirty został zachowany.

© Pomiędzy bitami
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci